piątek, 3 kwietnia 2015

RoCho pt"Rude podboje"

Zapraszam
Tradycyjnie jestem wdzięczna za wszelkie uwagi i opinie.
Mam nadzieje,że miniaturka przypadnie wam do gustu.
_____________________________________________________________________
Pod płaczącą wierzbą na rozległych błoniach Hogwartu, siedział szesnastoletni chłopak czytający biografie słynnego bramkarza Armat z Chudley i wcinając fasolki wszystkich smaków Berty'ego Botta.
Wiatr rozwiewał jego przydługie rude włosy, utrudniając przy tym widoczność. Zrezygnowany oparł głowę o pień drzewa i zaczął zastanawiać się, jak Hermionie udają się coś przeczytać z tymi okropnymi włosami, których nijak nie da się opanować. Niestety w żaden sposób nie mógł się tego od niej dowiedzieć, gdyż domniemana dziewczyna, boczyła się na niego bez konkretnego powodu. Chociaż to on powinien się obrazić, w końcu nie powiedziała mu, że pomiędzy nią, a Harrym jest chemia. Ronald jako wzorowy kompan, ani przez chwilę nie krył się ze swoim romansem z Brown. Pomijając fakt, że ma już dość swojej namolnej dziewczyny był naprawdę zadowolony ze swojego związku. Wesley z zadowoleniem zauważył, że odkąd jest w drużynie Quiddicha, to jego powodzenie wśród dziewczyn znacznie się powiększyło. Tak właściwie to dopiero się pojawiło. Od niedawna nawet dostawał liściki, z wyznaniami miłosnymi, od tajemniczej wielbicielki.
Najmłodszy syn państwa Weasley zauważył drużynę Ravenclavu trenującą na mecz, czekający ich za dwa dni. Piegowaty podrostek z zainteresowaniem obserwował niebieskie płaszcze na miotłach. Bez wątpienia jeden z pałkarzy ma zeza i nie potrafi porządnie odbić tłuczka, a ich strategia jest zerżnięta od Harpii. Gdyby on był kapitanem krukonów...
Gdy złapano znicza w widowiskowy sposób zwisając z miotły (on naprawdę nie potrafi trzymać tej pałki!) rudzielec podniósł swoje lekko płaskie cztery litery spod płaczącej wierzby i pakując swoje rzeczy ruszył w stronę zamku.
Na hogwarckich schodach panował większy niż zwykle tłok. Nie było momentu by ktoś się o kogoś nie obijał i nie ocierał. Oczywiście uczniowie Slytherinu i Gryffindoru starali się tego nie robić, gdyż błyskawicznie pojawiłyby się z palca wyssane plotki. Ron dzięki swojemu sporemu wzrostowi, wepchał się w tłum rozpychając się łokciami.
Na swoje nieszczęście pomylił piętra i zanim się zorientował, schody odjechały. Zrezygnowany z rękami w kieszeniach, podążył przed siebie nucąc popularny kawałek Rozdartych Goblinów. Był tak pogrążony w zadumie, że nie zauważył wpadającej na niego azjatki. Jednak szybko się zreflektował i złapał dziewczynę zanim ta wylądowała na zimnej posadzce.
Ich twarze były blisko siebie i oboje swobodnie mogli zajrzeć sobie w oczy. Jej duże czarne oczy wpatrywały się w brązowe gryfona z wdzięcznością, zaciekawieniem i oczekiwaniem. Szkolny mistrz czarodziejskich szachów powolnym ruchem pochylił się i delikatnie musnął brzoskwiniowe usta. Cho nieśmiało powtórzyła gest i pozwoliła językowi Rona wejść do jej wnętrza. Gdy już się od siebie oderwali, a Chang spłonęła rumieńcem, szóstoklasista wiedział, że w tym momencie powinien powiedzieć jakiś komplement. Niestety w tej chwili jego mózg nie miał ochoty współpracować i nastolatek wyszeptał do ucha krukonki:                 
Świetnie trzymasz trzon miotły...


4 komentarze:

  1. Hahaha. Nie mogłaś tego lepiej zakończyć :D. Pewnie Ron oberwie, ale chyba warto było poświęcić się dla tych kilku chwil ;)
    http://nocturne.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahahahah, miniaturka zakończona rewelacyjnie. No chyba lepiej nie mogłaś, naprawdę :D Łatwy, bardzo łatwy styl pisania.

    we-are-oneness.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń