czwartek, 13 sierpnia 2015

Jestem kimś więcej...

Nie mam pojęcia jak coś takiego napisałam. Sądzę, że mi wyszło. Za konstruktywną krytykę jestem wdzięczna. Ciągle się uczę i to na serio pomaga. Miniaturkę dedykuje wszystkim, którym się to podoba.
________________________________________________________________________________
 
 Stuk. Stuk. Stuk. Codziennie równo o 6 rano. Nie podobało mu się to, ale nie miał wyjścia. Musiał wstać z łóżka. Nie posiadał władzy nad nimi, by móc decydować o której godzinie otworzy oczy i zacznie swój dzień. Czasami zastanawiało go czy robili to specjalnie. Wyrywali ludzi ze snów by pokazać, że ich miejsce jest tu. W tej szarej rzeczywistości, bez większej nadziei, że prędko uda im się stąd wydostać. Wolność...To takie piękne słowo. Gdyby był władcą decydowałby o wszystkim. Teraz jednak musiał się dostosować. Wkładając buty już słyszał zniecierpliwioną panią Martell, wołającą na poranną toaletę. Dzień jak co dzień.  
  Lubił, kiedy wychodzili na dwór. Ludzka masa wypływała z budynku, prześcigując się w stronę huśtawek i reszty żelastwa. On za to spokojnym krokiem podążał w stronę krzaków. Często czekali tam na niego jedyni przyjaciele, jakich posiadał. W pewnym sensie rozumieli go i nie zadawali bezsensownych pytań. Jak się czujesz, Tom? Dlaczego jesteś taki zamknięty w sobie, Tom? Dlaczego jesteś tak nie dobry dla rówieśników, Tom? Oni po prostu byli. Czekali na niego jak słudzy i wykonywali jego polecenia, gdy czegoś zapragnął. Tak jak łez strachu, na policzkach rozdartej brzydkiej ropuchy, Suzan Twist.
  Wieczorem chodził do biblioteki. To była okropna biblioteka. Szerzył się w niej zapach stęchlizny, a książki były zazwyczaj zniszczone i niezbyt ciekawe. No poza niektórymi tytułami, ale zdecydowanie nie zaspokajały całkowitego pragnienia wiedzy. Jego ulubione historie, opowiadały o kimś walczącym ze złem. Też chciał walczyć, ale nie dostrzegał linii pomiędzy stronami. To on decydował co jest dobre.
  "Kochani" wychowawcy, dbali o swoich podopiecznych. Co roku odbywał się obóz finansowany przez zarząd miasta. Obóz nad jeziorem. Czarnowłosy mógł wtedy dostąpić dawkowanego przez sierociniec kawałka wolności. Mógł chodzić po lesie i nie tylko węże go słuchały. Na klifie stając przy krawędzi czuł się jak Lord. Lord w chwili chwały, nieświadomy, że za chwilę król rozkażę katowi ściąć mu głowę. Przez głowę Toma przeszło, że król nie dowiedziałby się o jego samowolnych spacerach, gdyby nie donos. Tak oto rozpoczął swe śledztwo. Dzięki dobremu planowi i sprytnemu myśleniu, udało mu się dojść do tego kto zdradził. Następnej nocy, zaprosił go na spacer, do niedawno odkrytej groty. Jego strach był czymś pięknym dla oczu. Tom wiedział, że ten widok potrafił uzależnić.
 Życie jest niesprawiedliwe. Świat jest niesprawiedliwy. Wiedział, że jest kimś lepszym od reszty. Chciał być traktowany lepiej, jednak inni nie spełnili jego oczekiwań. Inne dzieciaki dostawały przedmioty od dalekiej rodziny, która "nie miała możliwości" zajęcia się nimi. Tom nigdy niczego nie dostawał. Wiedział, że jego matka nie żyje. Umarła przy porodzie i zostawiła go tu. Miała w nosie jak on teraz będzie żył. Może rodzina nie wiedziała gdzie jest i go szukała? Stale w jego młodym sercu czaiła się nadzieja. Pragnienie posiadania jest silne. Tak silne, że zdołało go pokonać. W sumie nie opierał mu się jakoś szczególnie. Gdy udało mu się zdobyć trofea, wewnątrz czuł dumę. Zdobył, nie ukradł, nie był przecież złodziejem, tylko zdobywcą robiącym rzeczy dla większego dobra. Jego dobra.
  Był koniec sierpnia. Nie miał ochoty w taki skwar wychodzić na zewnątrz, więc zadowolił się spędzaniem czasu na czytaniu kryminału i podśmiewania się z błędów seryjnego mordercy, które sprawiają, że staje się coraz bardziej uchwytny dla policji. W czasie zatapiania noża przez mordercę pomiędzy piersi ofiary, Tom usłyszał pukanie. Nie było to wolne i monotonne pukanie jak co rano. W te południe pukanie było o wiele szybsze i krótsze. Patrząc z obojętnym wyrazem twarzy na otwierające się drzwi, odłożył książkę na szafkę i położył dłonie na kolanach. Do jego pokoju weszła pani Martell. Posiwiała, stara, zgredliwa kobieta potrafiąca opowiadać godzinami o wojnie secesyjnej. Wojnie, w której anglicy wygrali sami ze sobą. Za nią podążał wysoki mężczyzna z brodą sięgającą do piersi. Wydawał się stary, ale nie tak stary jak pani Martell. On był pełen energii i nie wydawało się, że choruje choćby na migreny. Jego błękitne, mądre oczy błyszczały zza okularów połówek, patrząc się na niego ciepło. Niecodzienie. Zdecydowanie mu nie zaufa, gdy nie będzie miał do tego naprawdę poważnych powodów. Na początku przestraszył się jego słów. Nie był wariatem i posłanie go do szkoły specjalnej byłoby definitywną przesadą. Nauczyciel zaczął opowiadać o tej szkole, że uczy się w niej magii. Cóż to było zdecydowanie nieprawdopodobne. Wtedy szafa stanęła w płomieniach. To było niesamowite i budziło nowe nadzieje. Jednak gdy ten nie znający go zupełnie czarodziej nazwał go złodziejem, to duma jedynastolatka ucierpiała. Gdy drzwi zatrzasnęły się za rąbkiem peleryny, chłopiec w duchu powiedział sobie: 
Poradzę sobie, Albusie Dumbledorze, o wiele lepiej niż ktokolwiek inny. Jeszcze zapamiętasz moje imię na długo...